wstecz

Ukraina 2008
Zakarpacie, Podole, Krym, Mołdawia
Termin: 6 - 18 lipca 2008 roku

Uczestnicy:
Maju i Kasia na Hondzie Transalp

Naszym celem było zwiedzenie Ukrainy: Zakarpacie, dawne polskie Kresy, Krym.
Po drodze Mołdawia.


6 lipca, niedziela

Wyjazd z Wrocławia, do Krakowa autostrada, potem kierunek na Słowację tak, aby granicę Ukraińską przekroczyć 40 km nad Użhorodem. Na przejściu nie ma absolutnie żadnej kolejki, co jednak wcale nie wróży szybkiego jej przekroczenia. Słowackie służby sprawdzają paszporty, a papiery motocykla porównują z numerami na ramie. Teraz czas na Ukraińców.
Od jakiegoś gościa dostajemy małe karteczki z czymś tam już napisanym. Kawałek dalej w okienku dostajemy puste druki „kart imigracyjnych” do wypełnienia. Wpisuję: cel: „turystyczny”, w miejscu, gdzie wymagany jest adres noclegu nie wpisuje nic, bo przecież go nie znam. Krótka kolejka pieszych do okienka przed nami. Gdy nadchodzi nasza kolej, dajemy karteczki i dowiaduję się, że coś muszę jednak wpisać w pustym miejscu. Wpisujemy „Suczewa” w Rumunii i jakąś ulicę odczytana z mapy w GPsie. Znowu kolejka i dajemy karteczki. Pogranicznik informuje, że skoro wpisaliśmy miasto w Rumunii to nie powinno być cel „tourist” tylko „transit”. Nowe karteczki i znowu piszemy – cel „transit” i Suczewa. Znowu kolejka i dajemy. Ten sam pogranicznik pyta czy aby na pewno chcemy mieć wpisane „transit”, bo to oznacza, że w paszporcie będzie tez wbite „transit” i musimy szybko opuścić Ukrainę. Radzi aby wpisać „tourist”. Znowu czyste karteczki, tym razem wpisujemy cel „tourist”, i wymyślony hotel „Mukaczewo” w mieście Mukaczewo. Znowu kolejka i dajemy karteczki. Tym razem pogranicznik postukał coś na klawiaturze i można podjechać dalej. Teraz celnicy. Sprawdzają numery motocykla, pytają o papierosy, alkohol, narkotyki, do kufrów nie zaglądają. Dają jakieś pieczątki na tych małych karteczkach od pierwszego gościa. Można jechać. Ruszamy i za kolejne 200 metrów, kolejny mundurowy zabiera te małe karteczki. Zostaje nam tylko połowa karty imigracyjnej przeznaczona do okazania przy wyjeździe. Cała ta szopka na granicy trwała godzinę. Jedziemy na południe. Po drodze spotykamy charakterystyczne miejsca kontroli drogowych – szlaban lub znak stop na prostej drodze i jacyś mundurowi, którzy chyba sami nie wiedzą czego chcą. Na wszelki wypadek nie zatrzymujemy się, a przejeżdżając koło nich podnoszę tylko rękę, tak jak pozdrawiają się motocykliści. Zanim przestali się z zaciekawieniem patrzeć, byłem już za miejscem kontroli, spokojnie jadąc dalej.
Trafiamy do Użhorodu (Ужгород), gdzie zaczynamy szukać jakiegoś noclegu.
Są nawet białe tablice ze strzałkami do różnych hoteli i dzięki nim wybieramy w końcu coś rozsądnego dla siebie – mały hotel w willi o dobrym standardzie. Tutaj po raz pierwszy dowiadujemy się, że ceny noclegów nie będą niskie.
Po pozbyciu się nadmiernego bagażu jedziemy pooglądać miasto i upolować coś do jedzenia.
Motocykl na noc pozostaje na podobno strzeżonym terenie hotelu zapięty dwoma blokadami na tarczach.


trasa dnia: mapa













7 lipca, poniedziałek

Rano startujemy jedyną drogą na wschód i dojeżdżamy do Mukaczewa (Мукачеве), gdzie na wzgórzu znajduje się zamek. Tutaj odnajdujemy wąski wjazd do góry pod samą bramę. Oględziny budowli i jedziemy dalej. Zjeżdżając z głównej drogi za miastem Chust, odnajdujemy Danyłowo, gdzie obok współczesnego kościoła znajduje się drewniana cerkiew św. Mikołaja, obok drewniana dzwonnica, która do dziś posiada sprawne dzwony. Dzięki uprzejmości mieszkającej tutaj kobiety mogliśmy wejść do wnętrza cerkwi oraz na górę dzwonnicy, prosiła tylko aby nie dzwonić...
Wysokość drzwi wejściowych do cerkwi zmusza do bardzo mocnego schylenia się, a część jej wnętrza jest wyłożona współczesnymi płytami, gdyż oryginalne drewniane wykończenie rozsypało się ze starości. Mimo to wnętrze i tak ma swój klimat i zapach. Krzyże wiszące na zewnętrznej ścianie cerkwi zostały przeniesione ze starego cmentarza, który znajdował się kiedyś koło cerkwi.
Kontynuujemy podróż na wschód wzdłuż rumuńskiej granicy, przez miasto Tiacziw i dalej do Rachowa. W tej okolicy trafiamy na miejsce opisane jako Geograficzny Środek Europy.
Drogi, którymi się poruszamy pozostawiają wiele do życzenia, a często w miastach jest jeszcze gorzej. Właśnie tutaj w Rachowie przekonujemy się jak fatalna może być główna, tranzytowa droga, łatwiej policzyć kępki asfaltu niż dziury – wszystko to na jednokierunkowej drodze przez miasto w kierunku nam przeciwnym. Dworzec kolejowy to komunistyczna architektura z betonowych płyt, powybijane okna, brak jakiejkolwiek nawierzchni drogi dojazdowej. Smutny, ale jakże częsty widok w tym kraju.
Jadąc dalej przejeżdżamy na drugą stronę Karpat, a pierwszą większą miejscowością jaką napotykamy jest Jeremcze. Również tutaj można napotkać pozostałości komunistycznych pomników w większym lub mniejszym stadium kompletności. Na skraju miasta odnajdujemy kolejną zabytkową drewnianą cerkiew (św. Michała).
Kiedy przychodzi czas tankowania udaje nam się znaleźć stację, gdzie można płacić kartą Visa. Pan w kasie siedzi za wielką szybą, a jedyny z nim kontakt to przesuwana szufladka, czyli maksimum zabezpieczeń. Kiedy już dostaje kartę i wstukuje na terminalu co potrzeba pyta o PIN. Kiedy mu pokazuję, żeby dał mi klawiaturkę, to próbuje dać mi kalkulator, ale ten nie mieści się do przesuwanej szufladki... Najwyraźniej stwierdził, że chce mu ten kod wystukać na tym kalkulatorze, bo inaczej się nie dogadamy. Ręce opadają. Zastanawiam się czy aby na pewno jestem jeszcze w Europie...
Jadąc dalej, na skrzyżowaniu większych dróg widzimy budkę strażniczą, która umożliwiała obserwowanie ruchu na skrzyżowaniu. Kolejne miejsce inwigilacji podróżnych, na szczęśnie już nieczynne. Kawałek dalej jesteśmy już w mieście Kołomyja, gdzie miejscowy taksówkarz podpowiada nam gdzie można przenocować. Posiadają tu nawet dużą pisankę (taki jajowaty budynek), a na deptaku można wymienić również polską walutę. Motocykl nocuje na strzeżonym parkingu przypięty do słupa.

trasa dnia: mapa



8 lipca, wtorek

Rano na przedmieściach miasta odnajdujemy kolejną drewnianą cerkiew wraz z dzwonnicą z XVI wieku.
Jedziemy na wschód do miasta Czerniowce (Чернівці), a na jego granicy kosztujemy kwasu chlebowego prosto z dużej beczki. W mieście staramy się odnaleźć centrum, co z braku oznakowań nie jest łatwe. Po objechaniu miasta we wszystkich kierunkach, co nie jest równoznaczne ze znalezieniem centrum, jedziemy na wschód w stronę Mołdawii, i kilka km za miastem odbijamy na północ małą drogą na Chocim (Хотин). Jadąc przez wioski często napotykamy na sowieckie pomniki, oraz bogato zdobione kapliczki. W Chocimiu, nad Dniestrem odnajdujemy płatny parking przy zamku. Motocykl przykuwamy do słupa, a sami idziemy na zamek. Pierwsze mury obronne okazują się tylko przedsmakiem tego co jest głębiej. Zapewne na całym terenie za murami były kiedyś zabudowania, ale obecnie została tylko duża powierzchnia porośnięta trawą - spacerując po tym zielonym terenie napotykam często na resztki murów. Właściwy zamek znajduje się w dużym przełomie małej rzeczki, a jego najwyższy mur obronny od strony tejże rzeczki jest ozdobiony powtarzającymi się czerwonymi wzorami. Potęga murów zamku robi duże wrażenie. Stojąc na brzegu Dniestru można zauważyć, że zamek jest z tej strony bardzo wąski. Wewnątrz zamku niewiele ocalało, a miejscowi elektrycy zadbali aby zniszczyć i to co pozostało – w zabytkowych murach wykuli bruzdy na skrzynki i przewody elektryczne... Barbarzyństwo w wykonaniu Ukraińców kwitnie.
Kawałek dalej na północ trafiamy do Kamieńca Podolskiego (Кам'янець-Подільський). Na tyłach zamku jest mała droga pod górę, którą wjeżdżamy na mury obronne na tyłach zamku. Dzięki małej szerokości motocykla udaje się również wjechać na wąski pasek zieleni pomiędzy zamkiem a skalistym przełomem rzeki.
Do środka zamku wchodzimy już po zamknięciu kasy, ochrona nie robi problemów przy wejściu. Zwiedzamy wnętrze zamku, baszty, przechodzimy wąskim korytarzem wewnątrz zewnętrznych murów obronnych.
Z Kamieńca Podolskiego wracamy pod mołdawską granicę gdzie blisko Czerniowców znajdujemy nocleg z podziemnym parkingiem dla motocykla.

trasa dnia: mapa

















9 lipca, środa

Przez Czerniowce jedziemy na południe do granicy rumuńskiej w kierunku na Suczewę. Na granicy Ukraińskiej znowu dają jakieś karteczki, które zaraz zabierają razem z kartą imigracyjną, którą wypełnialiśmy przy wjeździe. Teraz rumuńska część granicy. Jako jedyni podjeżdżamy na pas dla Unii Europejskiej. Kobieta w mundurze pyta niezłą polszczyzną: „papierosy, alkohol, narkotyki, pistolet?” Po kilku odpowiedziach „nie” szybko puszczają nas z granicy. Bardzo szybka i miła odprawa. Jedziemy do Suczewy (Suceava) równym asfaltem, nie mijamy zdezelowanych Ziłów i innych Moskwiczów, w końcu jakieś cywilizowane miejsce.
W Suczewie trafiamy pod monastyr św. Jana Nowego wpisany na listę UNESCO. Na szczęście parking i sam wstęp na teren monastyru jest bezpłatny, bo nie posiadamy miejscowej waluty – Rumunia to tylko nasz tranzyt na Mołdawię. Po obejrzeniu tego miejsca, jedziemy kilka kilometrów dalej na zamek. Dzięki zdjęciom satelitarnym okolicy wiedziałem gdzie względem monastyru znajduje się ten zamek, trafiamy więc tam w miarę szybko.
Z Suczewy jedziemy na południe i dalej w stronę Iasi nad mołdawską granicą. Na rumuńskiej stacji benzynowej można najpierw zatankować, nikt nie robi problemów, nie zadaje dziwnych pytań, a i zjeść można w małej gastronomii. To niby oczywiste, ale po naszych ukraińskich doświadczeniach, to miła odmiana.
Kilkadziesiąt ostatnich kilometrów w Rumuni jedziemy wzdłuż granicy z Mołdawią. Tereny przez które jedziemy to suche łąki, na jednej z nich leży nawet zdechła krowa, mocno już wysuszona, wokół niej krążą bezdomne psy i ptaki. Bardzo oryginalne klimaty...
Kiedy trafiamy w okolice przejścia granicznego z Mołdawią, tankujemy do pełna, bo nie wiadomo co nas zaraz czeka. Nie posiadamy mołdawskiej waluty, a paliwa przy spokojnej jeździe powinno wystarczyć na cały przelot przez Mołdawię, więc mamy spore szanse na przetrwanie...
Rumuńską część granicy pokonujemy sprawnie i dalej jedziemy przez graniczną rzekę. Teraz czas na mołdawskie służby. Podobnie jak na Ukrainie pierwszy szlaban, gdzie pogranicznik daje jakieś karteczki i puszcza dalej. Do kolejnych zabudowań pograniczników jakieś 500 metrów, ale po drodze znajduje się duży napis „Republika Mołdawii”. Zatrzymuje się wiec przy krawędzi jezdni i idę robić zdjęcia. Mundurowy który przed momentem nas puścił, zaczyna z daleka pokazywać aby jechać dalej, a ja zdjęcia już mam. Jedziemy do właściwych zabudowań przejścia granicznego, kolejka na 2 samochody, gdy podchodzi pogranicznik pyta się co robiliśmy chwilę wcześniej. Mówię mu że foto tego napisu „Republica Moldova”, nie czepia się. Biorą paszporty i tradycyjnie coś tam klepią na komputerze, po czym karzą podejść po coś do drugiego okienka. Podchodzę wiec i czekam co pani powie. Dowiaduje się, że trzeba zapłacić, gdy pytam „za co?”, słyszę odpowiedź „ekologia”. Można płacić w innych walutach, więc daje pani 5 euro, w zamian dostaję dużą kartkę papieru i 20 mołdawskich lei reszty. Na tej granicy po raz pierwszy chcieli, aby otworzyć centralny kufer. Widząc łańcuch do zapinania motocykla pytali się „co to”? Odpowiedziałem mu, ale nie sądzę aby zrozumiał. Koniec kontroli, możemy jechać.
Kierujemy się na stolicę Mołdawii – Kiszyniów (Chişinău) najkrótszą drogą przez Hincesti. Bardzo mało samochodów, asfalt jest, ale mocno pofałdowany (jak na Ukrainie). Przed godziną 19 trafiamy do Kiszyniowa, więc zaczynamy szukać noclegu. Na wjeździe do miasta natrafiamy na punkt kontrolny, jak na Ukrainie, a zatrzymują wyrywkowo.
Jeżdżąc po mieście jednocześnie dowiadujemy się gdzie co jest, a zapis naszego własnego śladu GPS pozwala unikać tych samych miejsc i znacznie ułatwia orientacje w terenie. W mieście mijamy dużą ilość ambasad wszelkich krajów, każda pilnowana przez jakieś mundurowe służby. Polską też widzieliśmy – poza ścisłym centrum miasta, wśród zieleni. Ceny hoteli są wysokie, a w jednym mniejszym to nawet nie chcieli nas przyjąć. Pani w recepcji stwierdziła, że mają w innych pokojach jakieś delegacje, które potrzebują spokoju, oni w hotelu maja słabą izolację, a ona nie wierzy że my (ja i Kasia) będziemy w nocy tylko spali... No normalnie ręce opadają.
Z pomocą miejscowych, którzy podprowadzili nas pod sam hotel, osiadamy w końcu na noc.
Pokój jest jak dotychczas najdroższy, przy czym zapewnia najgorszy standard. Motocykl stoi na nie ogrodzonym, strzeżonym parkingu koło budki pilnującego, przypięty do słupka. Za pilnowanie motocykla chce 3 euro, a ponieważ najmniejszy nominał to 5 euro, więc tyle dostaje a ja zabieram mu 20 lei reszty. W ten sposób mamy już 40 mołdawskich pieniędzy na pamiątkę. ( 1 euro to jest coś koło 15 mołdawskich lei)

trasa dnia: mapa



10 lipca, czwartek

Rano odwiedzamy miejsca, które wieczorem odnaleźliśmy szukając noclegu. Kiszyniów ma szerokie ulice, miasto nie sprawia wrażenia zatłoczonego, jest w nim dużo przestrzeni. Nie ma przytłaczającej gęstej wysokiej zabudowy.
Wyjeżdżamy z miasta w stronę Morza Czarnego. Trasa wiedzie przez Causeni i dalej w tym samym kierunku do przejścia granicznego z Ukrainą na trasie do miasta Biłgorod Dnistrowski (Białogród nad Dniestrem, Білгород-Дністровський). W ten sposób nie przekraczamy Dniestru, omijamy więc samozwańczą republikę nadniestrzańską. Na granicy Mołdawia – Ukraina nie ma problemów, znowu wypełnianie karteczek, wszystko w przewidywanej normie.
Jedziemy 40 kilometrów dalej i trafiamy do miasta Biłgorod Dnistrowski. Miasto to jest położone nad Limanem Dniestrowskim, nad którego brzegiem znajduje się rozległy zamek. Aby dojechać do zamku trzeba wjechać do miasta i kierować się w stronę wody, w małych uliczkach po raz kolejny widzimy braki pokryw studzienek kanalizacyjnych, nawet tych na samym środku skrzyżowania.
Należy dodać, że Białogród nad Dniestrem to współczesna nazwa tego miasta, poprzednia to Akerman. Stepy Akermańskie mieliśmy niedawno po prawej.
Kilkanaście kilometrów dalej dojeżdżamy do Morza Czarnego w małej miejscowości o nazwie Zatoka. Typowo wypoczynkowe miejsce, gdzie pełno kramików i wszystkich tych „kurortowych” elementów. Widać, że niedawno przeszła burza, bo kałuże przy krawężniku mają głębokość do 10 cm, a przy kantorze na deptaku gdzie, wymienialiśmy kasę jest jezioro o średnicy 15 metrów. Miało to swoje zalety, bo mieliśmy mnóstwo miejsca na zaparkowanie, zawrócenie i nie musiałem się przedzierać przez tłum ludzi, a i buty się opłukały przy okazji. „Gyros” też mieli dobry, ale wygląda trochę inaczej niż u nas. Mięso i inne jest zawinięte w cienkie ciasto, coś jak naleśnik – u nas zazwyczaj nazywa się to tortillą. Wzdłuż morza jedziemy w stronę Odessy. Przejeżdżamy prze mierzeję oddzielającą Liman od morza. Mierzeja nie jest pełna, w środku jest przerwana i tam jest most którego pilnuje uzbrojony w kałasznikowa mundurowy. Ta droga to jedyna trasa lądowa pomiędzy tym małym kawałkiem Ukrainy na południe od Mołdawii, a resztą Ukrainy. Główna droga na drugim końcu Limanu zahacza kawałek o Mołdawię.
Kilkadziesiąt kilometrów dalej jesteśmy w Odessie i tutaj zaczyna się poszukiwanie centrum. Tradycyjnie już nie ma oznakowania, spore korki, ciasno, na ulicach brudno. Próby dotarcia nad wodę kończą się zakazami wjazdu albo staniem w korkach. W mieście jesteśmy 1,5 godziny i nie udaje nam się ani dotrzeć nad wodę, ani odnaleźć centrum. To już przegięcie, jedziemy więc dalej, ale wydostanie się z miasta też nie jest łatwe. Zdajemy się więc na wskazania GPSu jadąc na azymut w odpowiednim kierunku świata. Teraz się udaje. Jedziemy wzdłuż brzegu morza w stronę Mikłajowa (Миколаїв ). Krótkie przerwy spędzamy nad brzegiem morza zjeżdżając na chwile z trasy. W Mikołajowie znajdujemy nocleg ze strzeżonym parkingiem na tyłach.

trasa dnia: mapa














11 lipca, piątek

Przed nami ostatni odcinek trasy na Krym. Jedziemy na Cherson (Херсон) i tutaj po raz pierwszy spotykamy lepszy, dwupasmowy odcinek drogi, na którym można się w końcu bardziej rozpędzić. Tradycyjnie milicja też była, ale nie zdążyli nic zrobić, choć bardziej skłaniam się do stwierdzenia, że nie chcieli nas zatrzymywać, tak jak inni dotychczas.
Odcinek oczywiście szybko się kończy i dalej tradycyjnie już jedziemy jednopasmową drogą ciągle podskakując na dziurach i muldach. Przydrożne stragany zaczynają oferować oprócz owoców i warzyw również suszone ryby. Zmierzając do Armańska (Армянськ), który leży na wąskim przesmyku łączącym półwysep krymski z kontynentem, jedziemy przez stepy w ciągłym przechyle na prawo. Wiatr w stronę lądu jest bardzo silny. Dodatkowo zagęszczenie stacji benzynowych spadło, ta w istotnym dla nas momencie była zamknięta, więc na stepy wkraczamy na rezerwie. Tryb jazdy ekonomiczny i dalej na przód. To jest bardzo stresujący odcinek który trwa i trwa. Wskazówka wskaźnika paliwa już w dawno temu umarła. Kiedy po 60 km znajduje się stacja okazuje się, że mieliśmy jeszcze litra. Wiedziałem że Transalp ma sporą rezerwę nawet poniżej czerwonego pola, ale ten odcinek i tak był zbyt stresujący. Na tej stacji wyjątkowo nie zależy mi na płaceniu kartą, biorę co jest. Przy wjeździe na Półwysep Krymski ponownie natrafiamy na punkt kontrolny w środku pola. Mundurowi stoją i patrzą nie wiadomo na co. Następne ponad 100km do Symferopola (Сімферополь) to ponowna walka z wiatrem obracającym kaski na głowach. Przez ten ciągły przechył jest to bardzo męczący odcinek, ale nie ma to jak wypoczynek na porzuconych oponach przy drodze. Symferopol zostawiamy na później, mijamy go czymś w rodzaju obwodnicy i kierujemy się przez góry do Ałuszty (Алушта) na wybrzeżu. Na przełęczy ponownie punkt kontrolny. W Ałuszcie i okolicy zaczynamy szukać miejsca noclegowego, gdzie będzie można osiąść na kilka dni.
Okazuje się to problematyczne, gdyż w hotelach wolne są tylko najdroższe apartamenty, a to co oferują osoby stojące przy drodze nie spełnia naszych minimalnych oczekiwań. Po długich poszukiwaniach postanawiamy wrócić 45 km do Symferopolu i tam coś znaleźć. Nocleg znajdujemy jednak po drodze i tu zostajemy. Mamy problem z noclegiem motocykla, gdyż nie ma tutaj garażu, ogrodzenia, nawet słupa, gdzie można go przypiąć. Dodatkowo jest tutaj kasyno, do którego podjeżdżają wypasione samochody. Znajduje się jedyne możliwe miejsce przypięcia motocykla – słoń koło restauracji. Łańcuchem przypinamy się do nogi słonia, blokada na tylną tarczę, na przednią kolejna z alarmem. Okno z pokoju wychodzi na słonia.

trasa dnia: mapa




12 lipca, sobota
Rano motocykl nawet stoi na swoim miejscu. Jedziemy 20km dalej do Symferopola w poszukiwaniu innego hotelu. Znajdujemy jeden obskurny hotel, gdzie najlepsze pokoje w standardzie „półlux” pamiętają chyba Stalina. Poszukiwania innych nie przynoszą pozytywnych rezultatów. Nie mamy dużego wyboru, dodatkowo szkoda nam czasu na szukanie będąc już u celu, więc zostajemy w tym co jest. Zostawiamy wszystkie graty i tylko z centralnym kufrem jedziemy cos pozwiedzać. Jedziemy na zachód do miejscowości Eupatoria (Євпаторія). Trasa ponownie wiedzie przez stepy, aby w końcu wyprowadzić nas nad piaszczysty brzeg morza. Wzdłuż plaży jedziemy dłuższy odcinek. Początkowo stoi na niej mnóstwo samochodów jeden przy drugim, potem już tylko ludzie, gdyż przy drodze wykopano rów uniemożliwiający wjazd nad wodę. Eupatoria tradycyjnie już wita nas brakiem oznaczeń i ponownie szukamy ciekawszych obiektów. Również tradycyjnie pomaga nam taksówkarz tłumacząc drogę. Po oględzinach miasta, zatrzymujemy się na dłużej koło meczetu Dżuma- Dżami z 1551 roku. Postanawiamy posiedzieć gdzieś na plaży. Wracamy więc kawałek wcześniejszą drogą i korzystając z możliwości, jakie daje motocykl, wbijamy się na plażę koło jakiegoś pomnika. Tutaj miło i leniwie spędzamy czas na piasku do zachodu słońca.
Kiedy już zaczynamy się zbierać do pomnika zajeżdża wesele. Stajemy się główną atrakcją i zamiast filmować naturę, zaczynają kręcić film z nami. Zdjęcia z młodymi, młodzi z motocyklem, my z gośćmi... i inne kombinacje. Kiedy już się nami nacieszyli, możemy w końcu wyjechać z plaży. Jedziemy na nocleg do Symferopolu, po drodze zawijamy do kufra arbuza z przydrożnego straganu. Wieczorem okazuje się że w kranach nie ma wody, jak się okazuje taka specyfika całego Symferopolu. Miłe miejsce.

trasa dnia: mapa








dalej - kolejne dni relacji